MENU
  • W rytmie zabójczych kawałków, czyli recenzja filmu „Baby Driver”.

    Lipiec 10, 2017 7:11 pm Dodał stanley

    Edgar Wright to twórca bardzo konsekwentny i świadomie sięgający po utarte klisze, by zapodać je na swój unikalny sposób. Trylogia Cornetto ,na którą składały się Wysyp żywych trupów, Hot Fuzz To już jest koniec wywracała do góry nogami schematy rządzące odpowiednio survival horrorem, thrillerem i kinem katastroficznym z dużym przymrużeniem oka. Duet Pegg-Frost stali się jej znakiem rozpoznawczym, przy czym dla tego pierwszego produkcje te stały się trampoliną do pierwszej aktorskiej ligi. Oparty na wyśmienitym komiksie Scott Pilgrim kontra świat był mokrym snem wszelakiej maści geeków i nie uciekał od dość odważnych żarcików jak na kino młodzieżowe. Wright szlifował swój fach tworząc filmy wypełnione po brzegi czarnym humorem, popkulturalnymi odniesieniami, widać było, że są to filmy tworzone przez pasjonata dla pasjonatów. Drobną niedogodnością dla tego reżysera mogło być jednak siedzenie w konkretnej niszy, z której Baby Driver niewątpliwie ma możliwość go wydostać. Jest to bowiem dzieło, które trafi zarówno do poławiaczy smaczków jak i spragnionych czystej rozrywki i buzującej na ekranie adrenaliny.

    02-baby-driver-01[1]

    Trudno nie polubić głównego bohatera, szczególnie, że ma znakomity gust muzyczny.

    Tytułowy Baby (Ansel Elgort) to młody chłopak, który naraził się swego czasu gościowi o ksywie Doc (Kevin Spacey, który ostatnio w każdej roli wygląda na mniej lub bardziej wkurwionego Franka Underwooda). Wisi mu sporo kasy, a żeby wyrównać bierze udział w brawurowych napadach w roli kierowcy. Jako że w dzieciństwie miał wypadek, w którym zginęli jego rodzice i jego uszu nie opuszcza nieprzyjemny szum, to non stop słucha dynamicznej i rytmicznej muzyki, która pozwala mu wyprawiać niesamowite rzeczy za kierownicą. Baby ma nadzieję szybko spłacić dług i zacząć życie na nowo. Opiekuje się swoim „zastępczym” ojcem, z którym porozumiewa się na migi i przed którym udaje, że nie jest zamieszany w te wszystkie grube akcje, które widzimy na ekranie. Zakochuje się też w przeuroczej kelnerce (Lily James, której Debora może się kojarzyć z Shelly Johnson z Miasteczka Twin Peaks), z którą chce zwiać po ostatnim skoku.

    Jak widzicie fabuła jest prosta i to nie w niej tkwi siła tego filmu. Wright nie gmatwa fabuły, nie roi się w niej od pojawiających się i znikających bohaterów, a nawet jeśli ktoś pojawia się tylko na kilka scen, tak jak Flea z RHCP to zostawia po sobie dobre, zapamiętałe wrażenie. Film oszołamia przede wszystkim wizualnie i od tej strony jest zrobiony perfekcyjnie. Akcja zapiera dech w piersiach już na samym początku, zostajemy wrzuceni w sam środek napadu i policyjnego pościgu. Baby Driver jest niesiony przede wszystkim przez montaż i idealną ścieżkę dźwiękową. To jak poszatkowane i posklejane są poszczególne sceny jest warte wszelakich technicznych nagród z Oscarami na czele. Takie filmy jak ten obnażają chociażby chaotyczny i dziurawy montaż chociażby Suicude Squad gdzie montażyści strasznie się zagubili. Nowy film Wrighta mógłby więc być o dupie Maryni, a i tak oglądałoby się go świetnie. Na szczęście historia choć prosta i zakorzeniona w teen movies jest czymś więcej niż tylko banalnym romansem dwójki narwańców. Sporo tutaj popkulturalnych odniesień, chociażby do Bonnie i Clyde,  Halloween, Austin Powers, Drive, Szybkich i wściekłych, a nad całością unosi się ejtisowy duch. Wydawało Wam się, że Queen było dobrze dobrane w trailerze do wiadomego filmu? Nic bardziej mylnego, dopiero w Baby Driver można odczuć jak bardzo mocno potrafił brzmieć ten zespół. Chwali się wielce, że Wright nie wybrał utworów oklepanych, widzowie będą mogli zapoznać się z prawdziwymi perełkami. Bardzo istotnym elementem fabuły jest też zamiłowanie Baby’ego do sprzętu analogowego, chłopak nagrywa rozmowy na kasety magnetofonowe i tworzy z nich remiksy. To już kolejny po Strażnikach Galaktyki blockbuster (pierwszy w karierze Wrighta i to od razu jaki!), w którym do łask powracają kasety. Biorąc pod uwagę, że część młodych widzów nie ma obecnie pojęcia jak połączyć kasetę magnetofonową z ołówkiem to jest to jak najbardziej godne uznania. Baby jest więc oldchoolowy i tak też się nosi, a do tego niewiele się odzywa, po prostu robi swoje.

    daaaaa-1000x600[1]

    Jon Hamm w roli Buddy’ego wymiata totalnie!

    No właśnie. Bohaterowie. Jak wspomniałem jest ich niewielu, ale są bardzo wyraziści i nie posiadają płaskiej osobowości. Zdecydowanie jest to zasługa aktorów, którzy w postacie bandziorów wkładają równie dużo energii co Baby w kierowanie kolejnymi rozwalanymi samochodami. Brylują Jamie Foxx i przede wszystkim Jon Hamm, którego mimika jest w tym filmie bezbłędna. I nie ma w tym ani śladu Dona Drapera z Mad Men, to zupełnie inna postać. Relacje jakie zachodzą między bohaterami, stopniowo rosnące napięcie i momentami akcja tak dynamicznie, że zupełnie nieprzewidywalna sprawia, że ogląda się ten film wybornie i zanim się człowiek nie obejrzy już jest po seansie.

    Mimo braku elementów czysto komediowych, pastiszowych, to wciąż jest kino Edgara Wrighta pełną gębą. Baby Driver otwiera dla tego twórcy furtkę podobnych rozmiarów, przez którą swego czasu przeszli Denis Villeneuve czy Taika Waititi. Kolejny film Wrighta może być więc gigantyczną, chłonącą potężne pieniądze produkcją, która jak podejrzewam wciąż będzie miała jego indywidualny sznyt. Obecnie czekam na Spider-Man: Homecoming oraz znakomicie zapowiadającą się Atomic Blonde. Ode mnie tyle na dziś, lećcie do kin póki puszczają, bo ten film to czysty fun i jazda bez trzymanki!

    9/10

    Komentarze

    Kategorie: