MENU
  • Za mało Obcego w Obcym, czyli recenzja filmu „Obcy: Przymierze”.

    Maj 13, 2017 12:03 pm Dodał stanley

    Nie da się ukryć, że nasz ukochany xenomorph miał w ostatnich latach mocno pod górkę. Jego pojedynki z Predatorem mogły się podobać jedynie zwolennikom niezobowiązującej rozrywki i krzyżowanie ze sobą kultowych postaci. Klasyk z 1979 stał się wzorcowym horrorem s-f i straszył przede wszystkim klimatem niepokoju i długaśnymi ujęciami zatopionymi w mroku, z którego wyłaniał się zwinny i morderczy stwór. Ellen Ripley stała się tak zwaną heroiną, którą wymieniano jednym tchem z Sarą Connor, Larą Croft czy, nie sięgając zbyt daleko, Furiosą. Druga część nie posiłkowała się już tymi samymi zabiegami i była skonstruowana według porzekadła „więcej, szybciej, mocniej”, co zaowocowało dwoma statuetkami Oscara (jedynka zdobyła nagrodę jedynie za najlepsze efekty, dwójka w tej samej kategorii plus za najlepszy montaż dźwięku). Kolejne dwie części poszerzały uniwersum kosmicznego stwora, ale generalnie trzymały poziom (trójka była przepustką do wielkiej kariery Davida Finchera, czwórka natomiast została wyreżyserowana przez wizualnego magika Jeana-Pierrea Jeuneta, tego od „Amelii” czy „Delicatessen”). W 2012 na ekrany kin wszedł „Prometeusz”, w którym wielu fanów pokładało nadzieję, bowiem za kamerą stanął ponownie Ridley Scott. No i wyszła trochę dupa blada z tego projektu, bo o ile wizualnie jest to arcydzieło to scenariuszowo prequel i jednocześnie geneza pochodzenia stwora była wielce rozczarowująca. Nielogiczne zachowania bohaterów i pewne rażące schematy na tyle ostudziły widzów, że do „Alien: Covenant” od samego początku podchodzono jak do jeża, z dystansem i zakodowaną nieufnością. Czy obawy wobec kontynuacji okazały się słuszne? Moim zdaniem niestety tak.

    alien-covenant-trailer-three-00[1]

    Jak na serię, w której wszelakie ewolucje i mutacje są na porządku dziennym to mam wrażenie, że obcy paradoksalnie przestał się rozwijać.

    Od strony technicznej film jak najbardziej się broni, do zdjęć i efektów nie ma się jak przyczepić i nawet muzyka jest jakaś taka bardziej mroczna niż w „Prometeuszu”. Jednak pod kątem scenariusza ponownie jest dość koślawo, by nie powiedzieć, że gorzej. Sztampowe twisty i nadmiar Fassbendera, którego przecież bardzo lubię, sprawia, że jest to dość płytka historia z filozofią i poszukiwaniem nieśmiertelności w tle. A od czasu do czasu po ekranie pałęta się stworzenie mające być wczesną formą aliena. Niestety aliena w „Alienie” jest za mało i równie dobrze film ten mógłby nazywać się „Prometeusz 2” gdyby nie dotyczył załogi innego statku. W horrorach rzadko jest nam dane poznać postacie głębiej, kiedy jest to film z gatunku survivalu to bardziej zastanawiamy się nad tym kto przetrwa do końca, w jakich okolicznościach zginie i w jak bardzo spektakularny sposób. I taki jest „Covenant”, mocno eliminacyjny choć niekoniecznie rzezi dokonuje tutaj sam obcy. Podobnie jak w „Prometeuszu” mamy więc postać negatywną, która ma wpływ na rozwój wydarzeń. Szkoda jedynie, że film można zaspojlerować w bardzo prosty, banalny wręcz sposób. Ile razy my to już widzieliśmy? I to w o wiele lepszym wydaniu.

    IMG_20170323_0950491[1]

    Genialny plakat mocno przeciętnego przedstawienia. Smuteczek.

    Nie jara mnie to całe pierdolamento o poszukiwaniu Kreatorów, Architektów czy innych Przedwiecznych. Rozczarowało mnie to w jaki sposób twórcy rozmienili na drobne prostą historię o morderczym kosmicie do rozdmuchanej wydmuszki z porąbanymi naukowcami na pierwszym planie. Może za mało się wczułem, może coś „nie pykło”, ale jak na pierwszy pełnowymiarowy film o Gigerowskim pupilku od 10 lat to zdecydowanie za dużo rzeczy tutaj kuleje. Do tego większość klimatycznych, mogących moooże i budzić jakieś delikatne drgawki scen została wykorzystana w trailerach więc sporo suspensu zostało po prostu brutalnie zamordowane. Niestety promocja filmu oparta została o ten sam schemat, który sprawia, że współczesne horrory są tak rozczarowujące. Zajawka „Covenant” próbowała nam obiecać znacznie więcej niż finalny obraz. Gdzieś już to widzieliśmy, gdzieś nam się tam po głowie kołatało, że skoro jest to historia związana bardziej z „Prometeuszem” niż z „Obcym” to powinniśmy być umiarkowanie entuzjastyczni. Jako, że oglądałem maraton w Heliosie to rozdźwięk był tym większy. Klasyka była dla mnie ponownie pyszna, a prequele gorzkie i odgrzewane. Gdyby ten nasz kosmiczny jaszczur z wodogłowiem pokazał jakieś nowe sztuczki, nowe, brutalne oblicze, to można by powiedzieć, że dokłada wartościową cegiełkę do franczyzy. Niestety, po seansie niewiele pozostało mi w głowie, a chyba nie o to chodziło. Uważam, że nie macie obowiązku iść na ten film do kina nawet jeśli jesteście wielkimi fanami serii, na DVD poczekajcie, bo obejrzeć mimo wszystko warto. Z ciężkim sercem stawiam 6/10 i liczę, że nowi Strażnicy Galaktyki rozniosą mi czachę. A czy rozniosą to już się jutro dowiecie. Do przeczytania next time!

    6/10

    Komentarze

    Kategorie: