z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Ze skrajności w skrajność, czyli o kontrowersji w polskiej sztuce słów kilka.

Przyznaję, że jestem beznadziejnym rozmówcą jeśli chodzi o dyskutowanie na takie tematy jak polityka, patriotyzm czy szeroko rozumiana „polskość”. Nie sympatyzuję z żadną partią, nie jestem w stanie określić czy dana władza jest lepsza czy gorsza od poprzedniej i to nie jest tak, że mnie to nie obchodzi, to po prostu nie jest coś co leży w obszarze moich zainteresowań, nie posiadam „specjalistycznej” wiedzy by się w nich udzielać. Najbliżej mi do siedzenia w centrum tego całego pierdolnika, choć pewnie znaleźli by się tacy, którzy analizując moje teksty zaczęli by mędrkować czy jestem prawy czy lewy i tak dalej. To nie jest też tak, że nie mam zdania na najbardziej „gorące” obecnie tematy, ale czy to od razu sprawia, że z miejsca muszę być przypisany do jakiejś konkretnej grupy? Jednego jestem pewien – nie jest kolorowo, chociażby wczoraj dowiedziałem się ze straszącej w centrum Warszawy tablicy, że jestem winny państwu ponad 21 tysięcy (tak, mam na myśli tablicę z długiem publicznym). Najbardziej znam się na sztuce, którą interesuję się od lat, a ta stoi, czy tego chcemy czy nie, kontrowersjami wszelakiej natury: od polityki, poprzez religię na erotyce skończywszy. Oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając książki obcujemy z poglądami danego twórcy na konkretny temat. Moim głównym konikiem są filmy, które co tu dużo mówić, bywają zwierciadłem danego kraju piętnującym wszystkie przywary lub gloryfikującym jego wcale nie tak chwalebne z pewnej perspektywy zasługi dla świata. Amerykanie potrafią się z siebie śmiać w sposób bardzo niewybredny (na przykład South Park, konkretnie jeżdżący po stereotypach stand-upowcy), ale też bezczelnie stawiają się jako kraj lepszy od innych (tutaj przodują chociażby filmy przekoloryzowane wojenne bądź biograficzne, często pokazujące bohaterów jako herosów na tle bombastycznej muzyki i odpowiednio zniszczonej bądź sielankowej scenerii). Zwykło się mawiać, że takie Oscary chociażby to czyste targowisko próżności, gdzie bogacze nagradzają innych bogaczy za filmy w pewnym sensie siejące swoistą propagandę, będącą wizją reżysera lub scenarzysty. Wciąż jednak nie jest to kraj, który by sobie nie radził tak bardzo z tak zwanym multi-kulti jak nasz maleńki grajdołek, który w ostatnich latach zdaje się wojować sam ze sobą bardziej niż zwykle. Powiedzonko, że sami sobie zgotujemy IV rozbiór Polski się znikąd nie wzięło, mam wrażenie, że budujemy między sobą więcej barykad niż pomostów i niewątpliwie sztuka, kultura, a więc i popkultura zostają w to w miejsca wciągnięte.

z19738539QMaria-Peszek-w-teledysku-do--Modern-Holocaust-[1]

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” ostatni singiel Marii Peszek. Za chwilę się dowiecie dlaczego.

Weźmy dla przykładu chociażby światowy sukces artystyczny grupy Behemoth, która to w ostatnich latach święci niepodważalne triumfy potwierdzając je nie tylko kontrowersyjną otoczką, ale i muzyką i kondycją koncertową jako taką. Przez ostatnich kilka lat Nergal stał się postacią na celowniku tabloidów, kościoła i osób, które o twórczości grupy mają nikłe pojęcie. Metal sam w sobie w naszym kraju siedzi sobie gdzieś na peryferiach zainteresowania obrońców moralności i jeszcze parę lat temu był traktowany jako wybryk długowłosych osobników miłujących czerń i „piłującą” uszy muzykę. Ktoś zwracał szczególną uwagę na tematykę tekstów Vadera albo Kata? Czy Kazik i Kult spotykali się z tak otwartym ostracyzmem w latach swojej największej świetności? Było to wszystko nieco bardziej wyważone, a o pewnych tematach się po prostu milczało. Tymczasem teraz mamy osobników palących tęcze, wychowanych na Sabatonie „patriotów”, śmieszkujących z papieża na chanach, stworzenia „Trybsonopodobne”, zaciekłych ateistów kończących gimnazjum, hipsterów, homofobów, Terlikowskich, Stonogów, Kukizów i Bóg wie kogo tam jeszcze. Rzecz w tym, że wszyyyyystko jakiś czas temu zostało porozdmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, a pisząc „wszystko” mam na myśli dosłownie „wszystko”. Zniknął złoty środek, dyplomacja, próg tolerancji zjawisk wszelakich oscyluje raz wokół jednej skrajności, raz wokół drugiej na przeciwnych biegunach. Jasne, warto mieć, a nawet trzeba mieć swoje poglądy, ale wykrzykiwanie ich innym w twarz już nie jest takie przyjemne, szczególnie jeśli wyrażane są językiem wulgarnym i prostackim, a mającym na celu obrony jakichś chlubnych wartości. To jest klątwa internetowej „anonimowości” (ujmuję ją w nawias bo moim skromnym zdaniem takowa nie ma do końca racji bytu) i tego, że można bluzgać na innych pod przykrywką nicku na YT czy innym forum. Fani, czy też częściej ostatnio fanatycy, bliskiego im systemu wartości są wręcz gotowi rozszarpać na strzępy kogoś co im podpadnie swoim własnym punktem widzenia. Wczoraj będąc na zlocie fanów Grupy Filmowej Darwin pytałem się chłopaków o hejterów i przyznali, że pojawiały się sądowe groźby o obrazę uczuć religijnych, bo ludzie nie kumają nawiasu w jaki sztuka pewne treści umieszcza. Co zabawne często napastliwe komentarze są puentowane czymś w rodzaju „Jak Ci się nie podoba to wypierdalaj z kraju„, a z drugiej strony ileż to się nasłuchałem, że prawdziwy Polak nigdy ziemi ojczystej nie powinien opuścić, bo to nie po bożemu i że patriotyzmu za grosz. Ścierające się frakcje za cholerę nie dojdą do porozumienia szczególnie w najbliższych miesiącach, ostatnio znów zaczęło wrzeć z kilkunastu powracających jak bumerang tematów, wśród których ja wybrałem trzy jako punkt dalszej części mojego wywodu.

Jeśli jeszcze mnie czytacie i nie zmęczyło Was moje bycie ni to ciepłym ni to zimnym to spieszę donieść, że tematy te są gorące niczym poranne bułeczki. Choć jeden już powoli stygnie i bardzo dobrze, bo ileż można się pastwić. Chodzi mi tu o przypadek Macieja Stuhra podczas rozdania gali Orłów 2016. Owszem jego żarciki nie były (ojojoj) wysokich lotów, ale cholernie mnie rozbawiły w kontekście smętnego prowadzenia całości. No i sobie o tym napisałem na fanpage, rozpętując shitstorm i „tracąc” czytelników. „Tracąc”, bowiem zaprawdę powiadam Wam – nie potrzebuję na stronie ludzi, którzy do pewnych rzeczy nie potrafią złapać dystansu i spinają się o byle sucharek. Zazdroszczę w tym momencie chociażby Brytyjczykom, którzy chociażby dzięki casusowi Monty Pythona i „Małej Brytanii” wyrobili sobie zaaaaajebisty dystans do siebie jako mieszkańców takiego, a nie innego kraju. Nie spodziewałem się, że moje poparcie dla Maćka i jego rozruszania nudnej jak flaki z olejem imprezy zakończy się niemalże atakiem na moją osobę. To trochę tak jakbym napisał, że lubię film „Pokłosie” lub cieszę się, że „Ida” dostała Oscara i został z miejsca skreślony bo ktoś ma w dupie czy mam na myśli walory artystyczne tych dzieł czy treść formalną w nich zawartą. Tymczasem można oberwać po łbie za samo lubienie niekonwencjonalnych kadrów w „Idzie” lub za przyznanie się, że Czop i młody Stuhr odwalili kawał dobrej roboty w „Pokłosiu”. Noż kurwa, czy to czyni ze mnie „antypolskiego sympatyka żydostwa”? Luuuudzie, zastanówcie się dwa razy nim coś napiszecie, srsly. Owszem, żarciki Maćka mogły kogoś urazić, zostać uznane za niesmaczne, ale fala gówna jaka się wylała po tym wszystkim nie jest przecież tego warta, a kije w dupach krzykaczy aż płoną od ruchów posuwistych. Mam wrażenie, że jedno krzywe spojrzenie już rodzi w co niektórych agresora najwyższej rangi. Zresztą zobaczcie ileż wkurwienia wywołuje ostatnio u ludzi obosieczne w znaczeniu słówko „polaczek”. Bo można je rozumieć w kontekście pogardliwym jak i podsumowującym pewien stereotypowy sposób myślenia (tutaj kłania się szczególnie Zapytaj Beczkę i interpretacja bohatera przez Krzysztofa Gonciarza).

Tak moi drodzy, wciąż rozprawiam o kontrowersji w sztuce i wcale nie zbaczam z tematu. Drugi przykład jaki się dziś pojawia to czysta płachta na byka, którą artystka, w tym przypadku sama dzierży i jeszcze się nią owija. Było o niej głośno gdy manifestowała swój ateizm, a przecież „nikt” jej o to nie prosił. Jest głośno i teraz bo wiatr zasiała to i burzę zbiera. Maria Peszek. Artystka, której twórczość do mnie osobiście nie trafia, ale jako, że staram się być na bieżąco z głośno komentowanymi utworami to obadałem czym jest ten już z nazwy prowokujący Modern Holocaust. Tak zwany strzał w kolano, bo chciałam dobrze, a wyszło po bandzie. Po pierwsze artystka w pewnym sensie broni się przed hejterami, których nieraz sprowokowała i zarzuca im nienawiść nie tylko do niej ale i do siebie nawzajem. I to się chwali, to celna obserwacja w jej stylu poparta kilkoma fajnymi linijkami. Okej. Aaaaaaale nooooo luuuuudzie, po pierwsze forma jest, przynajmniej na moje oko, dość przeszarżowana (ten tancerz na tle płomieni wypada dość groteskowo, rozumiem, że to miało być coś na zasadzie artyzmu, ale wyszło średnio strawnie), po drugie, no kurwa, holokaust, Hitler, Stalin, Putin i Bin Laden (ja wiem, że to są metafory, hiperbole, ja wiem). Porównanie internetowego hejtu do najstraszniejszej w dziejach ludzkości eksterminacji („aaaa pfffff, przecież to tylko Żydzi, więc jebać„) i dorzucenie nazwisk takich a nie innych miało najwyraźniej na celu wzmocnić przekaz, ale moim zdaniem spartoliło wszystko permanentnie. Jeśli to jest srogiego rodzaju ironia, albo sarkazm to i tak jest zaserwowana w sposób dość niesmaczny i w tym momencie Maciek Stuhr ze swoim „tu polewem” wypada jak uczestnik szkółki niedzielnej. Także konsekwencją tego jest jeszcze większy pocisk po artystce i choć kubeł pomyj jest ogromny to paradoksalnie zasłużony, choć ponownie ubrany w bardzo brzydkie słowa i groźby wręcz karalne. To jest moi drodzy tak zwany przerost formy nad treścią i kontrowersja dla samej kontrowersji, bo przecież takie teksty nie powstają bez premedytacji i przemyślenia konsekwencji. Treść utworu niby jest uniwersalna i ponadczasowa, ale mam wrażenie, że za jakiś czas tak samo jak stuhrowskie dowcipasy zostanie przykryta grubą warstwą kurzu. A koncerty i tak sobie Maria na pniu wyprzeda i dalej liście od hejterów zbierać będzie. Tylko, że tym razem takowi będą się mieli czym wylegitymować – Modern Holocaustem właśnie.

filing_images_e6cc590d65c7[1]

Czy jeśli sympatyzuję z Krzysiem i lubię jego program to jestem lewakiem?

Ostatnim gorącym tematem jest oczywiście to co rozpętało się po oficjalnym umieszczeniu na YT trailera, do filmu „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Zamach to czy nie zamach? Brzoza pancerna czy pancerna brzoza? Ludzie będą walić na ten film drzwiami i oknami bo przecież to temat równie wdzięczny co te na których całą swoją karierę oparł Dan Brown od Kodu Da Vinci. Założenie, że ten film będzie zły fabularnie to jedno, ale przecież może być dobrze zagrany i ukręcony, choć trailer na to nie wskazuje. Reakcja internetu była natychmiastowa, ponad milion wyświetleń zajawki na You Tube i proporcje 16 tysięcy łapek w dół do 10 tysięcy w górę (choć w tych w górę można też liczyć te przewrotne, „bekowe”). Nie brakuje śmieszków, że to będzie odpowiedź na Spotlight. Rzecz w tym, że to jest żerowanie na tragedii, a nie rzeczywista próba ustalenia gdzie leży prawda, bo przecież to czysta fikcja reżysera i aż trzech poza nim scenarzystów, co dobrze nie wróży. Do tego ten dramatyczny slogan, że prawda nas przerazi. Przerazi nas co najwyżej wizja twórców i próba pewnej propagandy i manipulacji, być może sprawnie zagranej i nawet zjadliwej choć szczerze w to wątpię. Mam nieodparte wrażenie, że film będzie jeszcze dodatkowo zamerykanizowany, próbujący trzymać nas za gardło, a to polskim twórcom średnio wychodzi. Gdzie w tym wszystkich domysłach szacunek dla ofiar katastrofy? Uważam, że gdyby twórcy dodali kategorię „biograficzny”, albo strzelili nam po pysku informacją, że „historia jest oparta na faktach” to przegięli by pałę po całości. Jak to wszystko wyjdzie okaże się po premierze, póki co w trailerze widać mało znajome twarze i product placement Asusa i Apple’a.

Cóż ja tym wpisem chciałem Wam przekazać? Ano to, że w imię sztuki dokonywać można rzeczy kontrowersyjnych, ale wartościowych artystycznie jak w przypadku Behemoth (choć kilka zachowań lidera grupy można uznać za sprytne, lecz wykalkulowane zagrania) lub granicę dobrego smaku przekraczające, będące bronią obosieczną, czyli nie do końca trafiony w punkt choć z założenia piętnujący to co powinno być piętnowane Modern Holocaust Marii Peszek. Można też, choć miejsca mieć to nie powinno zmieszać sztukę z polityką i teoriami spiskowymi w taki sposób by nie było to zmuszającą do refleksji, ale jednak rozrywką, tylko twardym do przełknięcia kawałkiem szajsu, a na takowy zapowiada się Smoleńsk (choć mogę się mylić). To dociskanie gazu do dechy słusznie budzi odzew w necie, ale reakcje bywają tak skrajnie przepełnione nienawiścią i jadem, że aż się smutno robi. Ze świecą szukać wyważonych opinii, że na przykład piosenka Peszkowej jest po prostu zła, przesadzona i tak na dobrą sprawę nie zmieniająca mentalności ludzkiej, za to komentarzy, które na temat autorki padają z jej własnych ust w tekście można odnotować całą krytyczną masę. Sztuka dialogu zanikła, sztuka konwersacji z oponentem wyparowała, zostały utrzymujące niebezpieczne stereotypy skrajności, które przynoszą same szkody także dla artystów, a i nakręcają rozmaitych hochsztaplerów do dalszego przekraczania granic, bo przecież się sprzeda, bo pójdzie w eter i narobi szumu. Czyli wychodzi na to, że niektórzy twórcy wręcz dokarmiają hejterów świadomie, a potem płaczą, że im iksiński pod nowym kawałkiem rychłego zgonu bądź Sybiru życzy. Marzeniem mojej ściętej z miejsca głowy jest by obie strony wyhamowały lub zaczęły zlewać to co może wywołać ostry ból dupy, bo po prostu się nie da, a żelazne zasady psychologii tłumu rządzą się swoimi prawami. Bo nie ma nic gorszego od narodu skłóconego między sobą, przeraża mnie szczerze jak bardzo aktualne są wiekowe kawałki To my Polacy Hansa, Ludzie przeciwko ludziom Fenomenu czy Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz Sweet Noise. Brzmię jakbym nie lubił mojego kraju, jakbym nie lubił swoich rodaków i generalnie powinienem spierdalać jak mi się nie podoba. A może po prostu jak to nawijali WWO nie powinniśmy bać się zmiany na lepsze? Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie. Ode mnie na dziś tyle, trochę chaotycznie się to Wam mogło czytać, ale i tak dzięki i mam nadzieję, że tego wpisu co jakiś czas Wam przeszkadzać nie będą. To byłem ja, Stanley i jego Zryta Bania. Do przeczytania next time!

Komentarze