MENU
  • Zemsta… zemsta nigdy się nie zmienia, czyli Stanley kontra „The Punisher”.

    Grudzień 4, 2017 9:02 pm Dodał stanley

    Mam nieodparte wrażenie, że dopiero seriale o superbohaterach na dobrą sprawę pokazały nam paletę barw jakimi się oni mienią. Dzięki wielowątkowym, trwającym nawet po kilka sezonów opowieściom poznajemy ich znacznie lepiej niż w dwugodzinnych filmach, w których akcenty trzeba rozłożyć zupełnie inaczej. Tam akcja jest skondensowana i nie ma za bardzo miejsca na portret psychologiczny postaci, natomiast w „tasiemcu” możemy się w superbohatera wgryźć o wiele głębiej. I bardzo dobrze, bowiem przynajmniej kilku superbohaterów zasłużyło na solidny portret. Seria o życiu Franka Castle doczekała się dwóch filmów kinowych, z czego ten z Thomasem Janem był zdecydowanie bardziej zjadliwy niż Strefa wojny. Nie brakowało bardzo niezadowolonych głosów, że poza napierdalanką filmy nie oferują wiele więcej. A przecież miotający się po utracie rodziny antyheros aż był materiałem na znacznie rozbudowaną historię. I z możliwości przedstawienia Castle’a w pełnowymiarowej historii skwapliwie skorzystali włodarze Netflixa, których przekonał jego drugoplanowy udział w Daredevilu. Faktem jest, że seriale te „odczarowały” spłaszczone i spaczone postacie, które poznaliśmy w filmach kinowych. Tak więc z niecierpliwością czekam, aż ktoś się złapie za takiego Spawna, o którego ekranizacji większość wolałaby zapomnieć. Przejdźmy jednak do meritum, czyli tego co zaoferowano w nam w netflixowym Punisherze.

    PunisherHeader-1[1]

    Jon Bernthal jako Frank Castle- casting idealny.

    Już w pierwszych scenach widzimy Franka, który pozbywa się ostatnich osób odpowiedzialnych za śmierć swoich najbliższych. Nie jest to żaden spojler, bowiem nie jest to żadna futurospekcja, do której doprowadzi nas cała fabuła. Akcja serialu rozgrywa się, że tak to ujmę, po „daniu głównym”, które okazuje się jedynie przystawką do dalszych losów Castle’a. Frank nie może poradzić sobie z nachodzącą go przeszłością, dręczą go koszmary, wydaje się, że właśnie stracił jakikolwiek sens życia jakim była krwawa zemsta. Jest w martwym punkcie, a swoją frustrację wyładowuje pracując na budowie wyburzając ściany. Unika współpracowników, przez co uważany jest za dziwaka, z nikim nie chce się bliżej zapoznawać i tkwi w swojej wewnętrznej rozpaczy. Oczywiście do czasu. Już w drugim epizodzie fabuła zaczyna się klarować i poznajemy tło do dalszej motywacji do życia bohatera. Wydarzenia szybko przestają być czarno-białe, a widzowi coraz ciężej jest podjąć decyzję czy Franka potępiać czy jednak mu kibicować. Im więcej postaci poznajemy tym bardziej wszystko robi się zagmatwane, a sama rozpierducha schodzi nieco na dalszy plan. I moim zdaniem to działa na korzyść serii, bowiem poza rozwałką jest tutaj miejsce na jakąś głębszą refleksję dotyczącą istoty zemsty, poszukiwania celu w życiu, swoistego katharsis, które przecież wraz z wystrzeleniem ostatniego pocisku w stronę jedynego ocalałego wroga wcale nie musi przynieść ukojenia.

    Nie chcę za dużo zdradzać twistów fabularnych, bowiem to dość obszerna opowieść więc skupię się wrażeniach estetycznych serii, a tych nie brakuje. Mega wrażenie zrobiła już na mnie sama czołówka, klimatyczna muzyka (usłyszycie min. Eddiego Veddera podczas dość brutalnej scenie), ciemne, ponure kolory, świetne kadry, w których ładnie jest podkreślony dystans pomiędzy postaciami, masa zbliżeń na Punishera byśmy jak najdokładniej widzieli emocje na jego niby kamiennej twarzy. Doskonale pamiętam Jona Bernthala w roli Shane’a w The Walking Dead i odstrzelenie go w drugim sezonie wyszło karierze aktora na dobre. Pojawiał się epizodycznie tu i tam (Furia, Baby Driver, Wilk z Wall Street) ale właściwie nie miał na koncie produkcji, którą dźwigałby sam. Można śmiało stwierdzić, że ukradł show samemu Daredevilowi, choć jego ekspresja jest bardzo powściągliwa i pozornie Punisher nie jest jakąś „wielką kreacją”. Jednak im dłużej będziecie chłonąć jego Franka Castle, tym więcej drobiazgów w jego grze zauważycie. Bernthal jest idealny do grania bezwzględnych twardzieli, ale w scenach rodzinnych nie wygląda jak klocek, jako ojciec i mąż także jest przekonujący.

    the-punisher-trailer[1]

    Tak jak Frank zmywa z siebie krew swoich wrogów, tak Netflix zmywa negatywne wrażenie po kilku nieudanych produkcjach o superbohaterach.

    Punisher jest niejednoznaczny fabularnie, mega brutalny, krwawy, lecz przemoc nie jest tu celem a środkiem. Jej eskalacja jest niczym innym jak reakcją nie mogącego się pogodzić ze stratą najbliższych bohatera. Nie jest przerysowana, nie jest poza ekranem, twórcy się z widzem nie patyczkują, w obu filmach o Punisherze nie było tyle tak „rasowej”, ekranowej przemocy co w w kilku pierwszych odcinkach. I fani komiksowego Castle’a będą zadowoleni, natomiast lubujący się w kolorowych przygodach Avengersów przypadkowi widzowie mogą się mocno od tej produkcji odbić. Choć bardzo wątpię, że seria trafi pod strzechy „niedzielnych” widzów. Zdecydowanie o takiego Punishera nic nie robiliśmy. I końcówka tego roku zdecydowanie będzie należeć do niego.

    9/10

    Komentarze

    Kategorie: